rogoz.radoslaw@gmail.com

+48 513 069 676

Transiberica ultrakolarstwo

 

link do drugiej części tutaj

 

Chwilę trwa zanim wydostaję się z parku. Wiatr z uporem maniaka próbuje zepchnąć mnie z drogi. Przynajmniej nawierzchnia jest asfaltowa. Walczę jak mogę, w końcu docieram do rozjazdu i po zwrocie dostaję solidny i mocny podmuch w plecy. Szosa jest szeroka, kierowcy wyrozumiali i w końcu robi się jak na lokalnych Gassach, szybko. Z każdym kilometrem jak spod ziemi wyrasta cywilizacja. Ruchliwa droga przyciąga biznes. Nie napiszę, że było nudno, co to, to nie, ale było inaczej. Wjeżdżam w noc i dopóki jest ze mną księżyc jest w miarę ciepło. „Łysy”, bo tak mi się przedstawił ma ogromny wpływ na pogodę. Wmawiam sobie, że dopóki jest ze mną, jest cieplej. Nasz organizm składa się w 80% z wody, a księżyc swoim odziaływaniem grawitacyjnym wpływa na podnoszenie i obniżanie poziomu mórz i oceanów. Może przez to ma wpływ na podwyższone ciśnienia krwi i naturalnie przekłada się na subiektywny odbiór temperatury powietrza? Na pewno to zbadam, bo w trakcie jazdy obserwuję wyraźnie lepszy odbiór warunków atmosferycznych.

 

Spory odcinek jadę wzdłuż torów, w końcu na tablicach zaczynają pojawiać się nazwy Albaracin, odbijam w prawo. To przyjemny fragment wyścigu, mimo że ostatnie 150 kilometrów do punktu kontrolnego jest niezauważalnie pod górę. W miasteczku Gea De Albaracin zaczynam jechać w kierunku źródeł 280 kilometrowej rzeki Rio Guadalaviar uchodzącej w Walencji do Morza Śródziemnego. Jest wcześnie rano i zimne powietrza znad rzeki lirze mnie chłodem. Na szczęście nadal jadę w nocnym zestawie ubrań. Wjeżdżam do miasteczka, nad którym góruje gotycko-renesansowa katedra. Spore zmęczenie nie przeszkadza mi podziwiać kamienne, średniowieczne fortyfikacje leżące na wysokości 1171m n.p.m. To jeden z głównych kierunków hiszpańskich i zagranicznych wycieczek. Budzi się życie, dla turystów otwierają się wcześnie kawiarnie, inaczej niż w zwykłych rolniczych wioskach. Rachunek za dwie czarne kawy i trzy ciastka stawia mnie na równe nogi i każe jechać dalej. Przede mną 250 kilometrowy odcinek, na końcu którego zaczyna się najdłuższy, bo prawie 200 kilometrowy, obowiązkowy fragment trasy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Wyjeżdżam z Alabarcin tą samą drogą co przyjechałem. Cieszę się, bo nie ma wiatru i jest w dół. Nagle kurs skręca w lewo i wjeżdżam na słabej jakości asfalt naszpikowany wieloma podjazdami. Słońce zaczyna dokuczać, na szczęście spore fragmenty są zacienione. Jedzie mi się dobrze. Czuję, że to będzie dobry, naprawdę dobry dzień. Po 15 kilometrach prawa klamkomanetka przestaje działać, tylna przerzutka daje możliwość zmiany tylko w zakresie dwóch biegów, w końcu pęka linka, a z przerzutki jak wystrzelone z procy, w każdą stronę wylatują części mojej ultegry. Dziwny widok, jakby ktoś podłożył ładunek wybuchowy tuż pod korpusem mechanizmu. Pierwsze słowa jakie padają z moich ust to polskie „motyla noga, kurcze pióro”. Patrzę osłupiały i czekam, aż zza krzaków wyjdzie „wujek dobra rada”. Niestety, tylko dwójka zawodników pojawia się po około 30 minutach i z pełną satysfakcją mi odjeżdża. Szukam części, składam, reguluję, kombinuję, ale jedyne co da się w tej sytuacji zrobić to przysunąć wózek przerzutki jak najbliżej koła i na dwóch biegach jechać dalej w poszukiwaniu pomocy. Mam już za sobą dziwne awarie, włącznie z rozsypaną na szosie kasetą, która podczas wymiany dętki postanowiła pójść na spacer. Ta sytuacja była łagodniejsza, bo, mimo że nie znalazłem wszystkich wystrzelonych części, to pozwalała dalej jechać. Nie mając świadomości, że mam jeszcze do podjechania 20 kilometrów w pionie i główne górskie atrakcje jeszcze są przede mną, ruszam dalej. Policzyłem środki przeciwbólowe i jak w „Marsjaninie” Ridleya Scotta rozłożyłem na równe części. Wiedziałem, że twarde przełożenia wcześniej czy później zaczną mi rozsadzać kolana i mocno wpływać na bolesność mięśni. Jedna racja ketoprofenu i ibuprofenu na jedną dobę marsjańską SOL (24h 39m 35s). Z tym dojadę do mety. Dzisiaj wiem, że takie plany mogłem wtedy wsadzić co najwyżej między bajki.

 

Ruszam dalej, jedzie się nawet fajnie, bo z dwoma biegami niewiele muszę się skupiać, ale coraz bardziej puchną mięśnie, na małych górkach wstaję w korby i mimo, że od awarii minęło zaledwie 50 kilometrów w głowie pojawia się kłębowisko myśli. Na trasie tasuję się co chwilę z Wilsonem z Brazylii, tam, gdzie jest w miarę płasko ja jestem z przodu, tam gdzie potrzeba miękkiego biegu zostaję z tyłu. Wkurza mnie to strasznie, ale w końcu coś we mnie pęka, akceptuję stan aktualny i postanawiam czy to na kołach czy z buta, dotrzeć do mety.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Po 80 kilometrach wjeżdżam w końcu do większego miasta. Molina de Aragon to niegdyś twierdza graniczna, stolica dawnego dominium Molina, jednego z potężniejszych w kastylijskim średniowieczu. Dzisiaj to ważniejsze miasto w północo-wschodniej Guadalajarze. Nie zwracam jednak uwagi na XII/XIII wieczny zamek z podwójnym murem obronnym, tylko na wyposażenie lokalnego sklepu spożywczego. Jestem spokojny, dokładnie układam zakupy w koszyku, teraz już się nie spieszę, wiem, że nie mam szans na dobrą, szybką jazdę. Sama awaria biegów zrzuca mnie co najmniej dwie pozycje w dół w klasyfikacji.

 

Z owocowym Calipso w ustach postanawiam sprawdzić, czy w okolicy jest sklep i serwis rowerowy. Google podpowiada, że jest i to nie jeden. Nie cieszę się na wyrost, bo już kiedyś w Serbii google skierował mnie do nieistniejącego 5 gwiazdkowego hotelu za 100 złotych. Skończyło się połową gwiazdki pod mostem. Tym razem jest, serwis rowerowy 150 metrów od sklepu. Wchodzę do środka i z przykrością stwierdzam, że jest tam więcej złomu i smaru niż narzędzi. Okazuje się, że właściciel, z którym porozumiewamy się internetowym komunikatorem jest jednak niezłym fachowcem. Przeciąga nową linkę i z elementów przerzutki, które udało mi się pozbierać stara się złożyć całość. Niestety są braki, eksplozja rozrzuciła części daleko poza mój zasięg percepcji. Wyciąga ogromne pudło z używanymi przerzutkami i z wielu części składa jedną, dobrą i pasującą, sprawdza hak i odpalając kolejnego papierosa oddaje mi rower. To wszystko za 6 euro, czyli niecałe 30 złotych za kawał roboty, bo chwilę to w końcu trwało i wymagało jednak nie lada inwencji i chęci. W tym momencie zadaję sobie fundamentalne pytanie. Dlaczego w niektórych polskich, pięknych i świecących serwisach taka usługa kosztuje 200 czy 300 złotych? Dlaczego ta cena nie odnosi się do umiejętności, czasu pracy i ceny części, tylko bazuje na wartości roweru, wprost wskazującą na zasobność portfela. Nie wiem, jak to nazwać, ale chyba tylko cwaniactwem. Sami oceńcie. Serwisanci ogłaszają się krezusami mechaniki rowerowej, a tak naprawdę znaczna większość z nich potrafi tylko umyć ramę.

 

Wizyta w serwisie to dla mnie też sentymentalny powrót do kraju, okazuje się bowiem, że kiedy mój hiszpański mechanik dowiaduje się, że jestem z Polski, pokazuje mi całą ścianę rowerów na sprzedaż. Tak Tak polskich rowerów. To buduje między nami dodatkową nić sympatii.   

 

Rower jest sprawny. Nie jest idealnie, bo przerzutka strzela i z racji tego, że jest reanimowanym składakiem z serią przeszczepów wymaga częstej regulacji. Ale dojadę na niej. Ruszam w kierunku najdłuższego odcinka specjalnego. Trochę mam obaw, bo prowadzi przez dzikie tereny, bez dostępu do wody i pożywienia. Przygody serwisowe sprawiły, że wjadę na niego wieczorem i znaczną część będę pokonywał w nocy. Żal mi, że stracę to po co tu częściowo przyjechałem, ale takie są uroki ultra kolarstwa.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Przed północą wjeżdżam do Parku Naturalnego de la Tejera Negra. Dziwny ten park, bo wzdłuż ścieżki, którą jadę, po obu stronach ciągnie się zbudowany z bali płot. Nie taki jak w polskich gospodarstwach, wysoki na milion kilometrów bez szpary. Zwyczajny, ograniczający ruch turystów do ścieżki. Czuję, że to co widać za płotkiem jest piękne, ale jest ciemno i co najgorsze zaczyna robić się zimno i chce mi się spać. Przystaję, siadam i zamykam oczy. Podrywa mnie szelest i jakieś warki w krzakach. O nieee, mimo, że jestem zaczepny i waleczny, to w tym momencie nie jestem gotowy na starcie z bestią. Wskakuję na rower i odjeżdżam. W żyłach krąży strach i to trzyma mnie w korbach przez kolejne kilka kilometrów. Nie dam rady tak jechać cały czas, zaraz zasnę, a jak zasnę i się tutaj położę to już nie wstanę w całości. Jadę dalej i wizualizuję w głowie każdy zakręt, za którym będzie wymarzona wiata z ławką do spania. Niestety materializacja marzeń nie następuje. Mam dość, jestem na jakimś zakręcie z poboczem wyjeżdżonym przez auta. Zatrzymuję rower, wyjmuję folię NRC, śpiwór i kładę się spać. Tym razem znowu wypada nocleg na ponad 1700m n.p.m., ale nie dałbym rady bezpiecznie zjechać. Dzisiaj to wiem i wtedy też widziałem, tak wypadło. Na końcu zjazdu była miejscowość Riaza, ale to by nic w środku nocy nie zmieniło, no może byłoby trochę cieplej i bezpieczniej.

 

Budzi mnie chłód, mimo NRC gleba oddaje zimno. Jej pojemność cieplna jest prawie taka sama jak betonu, ale przewodność znacznie niższa. Nagrzewa się dłużej i przez to w cyklach dobowych z natury jest chłodniejsza. To oczywiście zależy od wielu czynników, nasycenia i wilgotności. To już moje kolejne takie doświadczenie, kiedy tyłek mi marznie bezpośrednio na ziemi. Trzeba wybierać inne podłoże. Współczynnik emisyjności ciepła betonu jest prawie taki sam jak drewna. Dlatego często na ultra maratonach spotkacie desperatów wylegujących się w nocy na asfalcie lub kolarzy jak jaszczurki przytulonych do głazów.

 

Zjazd w nie był przyjemnością. Trwał około 20 kilometrów i po minięciu miasta kolejne 10. Na dole odzyskuje siły i wigor, noc rodzi dzień i to napawa mnie optymizmem. Zawsze zanim słońce osiągnie godzinę 13:00 jest komfortowo i przyjemnie. Zmierzam w kierunku podjazdu Puerto de Navafria (1773m n.p.m.), 11,5 kilometrowego ze średnim nachyleniem około 5% i całkowitym przewyższeniem rzędu 600m. Nie jestem zmęczony, nawet się cieszę, że przede mną przełęcz, która gościła na Vuelta Espana. Ale według organizatorów po co delektować się takim kolarskim rarytasem jadąc asfaltem. Na wysokości wioski Ceguilla kurs skręca w ścieżkę, na którą z pewnością wybrałbym rower MTB. Widzę biegaczy, turystów i ani metra twardej nawierzchni. Nawigacja pokazuje kolejne 10 kilometrów do góry. Myślę sobie, że do reszty zwariowali, ale dwadzieścia minut później wracam na szosę i zacienionym asfaltem wspinam się na górę. Zjazd z przełęczy nie jest trudny technicznie. Trwa około 12 kilometrów i z miejscowości Pinilla del Valle kieruje na kolejny podjazd Vuelty, Puerto de Cotos, stojącym w hiszpańskich rankingach na 435 miejscu. Ma niecałe 700m do góry na odcinku 11-12 kilometrów. To jednak jest już kolejna wspinaczka tego dnia, miejscami w słońcu i nie jest już tak „malinowo”, jak wygląda to z boku. W skupieniu, w swoim bojowym rytmie wspinam się do góry. Nagle obok mnie pojawia się Babska Korba, przyglądam się temu różowemu stworzeniu i analizuję, kiedy ostatni raz jadłem coś halucynogennego. To AlaMaKoła postanowiła pośledzić moje tylne koło. Jestem zaskoczony i szczęśliwy, zamieniamy dwa słowa i każde w swoim tempie atakuje Puerto de Cotos.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Z przełęczy zostało mi tylko dotrzeć do Segovii i zaliczyć punkt kontrolny zlokalizowany w mieście, na końcu odcinka specjalnego. Długi, 30 kilometrowy zjazd jest trudny i miejscami bardzo szybki. Po zwrocie okazuje się, że to taki prezent, na który muszę zarobić. Czołowy wiatr wyciska z korb na zjeździe grubo powyżej 250W. W końcu koniec.

 

Miasto wygląda na prawdziwą stolicę prowincji. Są trzy Burger Kingi i McDonald’s. Jadąc w kierunku głównego placu Plaza del Azoguejo z klapkami na oczach ciągnę do punktu. Moim oczom ukazuje się wizytówka miasta. Zbudowany przez starożytnych Rzymian w I wieku naszej ery, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, gigantyczny akwedukt. Niemalże kilometrowy, kamienny kanał, składający się ze 167 łuków złożonych z 25 tysięcy granitowych kamieni. Hamulce ultegry same zatrzymują rower. To jest przepiękne, niecodzienne i niewyobrażalnie majestatyczne.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Punkt osiągam chwilę później, zmieniam kurs w nawigacji. Tym razem odwiedzę region Salamanca i Park Naturalny Sierra de Francia. Wyjeżdżam z Segovii i mam straszną ochotę na owoce. Odwodnienie i chęć ochłodzenia organizmu czymś innym niż lody zmusza mnie do zatrzymania na stacji benzynowej, na której wystawione są ogromne skrzynki z brzoskwiniami. Niestety, nie mogę kupić jednej, muszę całą skrzynkę. Rezygnuję i wpycham do ust czekoladowego batona. Kawałek opakowania targany wiatrem ląduje przy dystrybutorze paliwa. Zostawiam rower, schylam się i wrzucam go do kosza. Widząc to sprzedawca owoców podchodzi do mnie i daje mi w prezencie brzoskwinie. Poklepuje i życzy szerokiej drogi. To miłe, wiem, że gdybym okazał się zagranicznym śmieciarzem nic bym nie dostał. Oni doceniają to, że szanujesz ich ziemie i własność. Dlaczego nie ma tak u nas? Za miejscowością Sanchidrian wjeżdżam na główną drogę. Nie jest specjalnie ruchliwa, ale szybka. Zbliża się wieczór i zaczynam tracić koncentrację. Wyjmuję gumy do żucia, ale te lądują na jezdni. Zatrzymuję się, odwracam rower w przeciwnym kierunku i wracam po zgubę. W tym momencie słyszę pisk i hamowanie auta, które nacierało w moim kierunku. Nie było szczególnie niebezpiecznie, bo szedłem z rowerem blisko barierki, ale dla kierowcy to nie było normalne. Zawraca i pyta czy ze mną wszystko w porządku i czy potrzebuję pomocy. Wyjaśniam, że wypadło mi coś z ręki, że musiałem się wrócić i bardzo przepraszam, że narobiłem takiego niebezpiecznego zamieszania. Macham i odjeżdżam. Przez kolejne kilkanaście kilometrów kierowca jedzie za mną. Myślę sobie, że wezwał policję i chce się upewnić, że policja przykładanie mnie ukarze. Nic z tych rzeczy. Po 20 minutach sygnalizuję manewr w lewo, kierowca podjeżdża do mnie, pokazuje kciuka i życzy powodzenia. Uwierzycie w to? Facet stracił masę czasu na to, żeby się upewnić, czy ze mną wszystko w porządku. Czy ktoś z nas zrobiłby coś podobnego u nas w kraju. No hell No!

 

Niestety, nie mamy szacunku dla innych uczestników ruchu. Nie napiszę, że jestem jakimś wzorowym kierowcą i rowerzystą, bo swoje grzechy mam, ale pierwsze jazdy po powrocie z Hiszpani uświadomiły mi, że nie umiemy jeździć. Miałem wrażenie jakby każdy manewr kierowców to było tępe i bezmyślne usiłowanie zrobienia mi krzywdy. W oczach nienawiść do bliźniego, brak wyobraźni, złośliwość i chęć upokorzenia kogokolwiek. Tak po prostu, żeby poczuć się lepszym i ważniejszym, bo przecież bez względu na bezpieczeństwo „Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza”. Niemniej jednak nadal staram się budować relację z kierowcami, pozdrawiam ich, dziękuję, jak poczekają i nie wyprzedzają na trzeciego. Pokażę ręką dziury i przeproszę, jeśli nie mogę jechać blisko krawędzi jezdni. Ten kierowca w obecności innego kolarza zachowa się już inaczej. To dzięki Pawłowi Bieniewskiemu na stałe wdrożyłem takie zachowanie do swojego savoir vivre jazdy. Spróbujcie i Wy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Zapada noc, w promieniu wzroku tylko pastwiska, byki i rozległe rancza. Zza płotu badawczo przygląda mi się osioł. On wiedział, że wkroczyłem na niebezpieczny teren. Wszędzie bramy, płoty, kratownice w drogach. Kładę się na betonie za bramą byczego królestwa.  Jak się później okazało, nie był to najmądrzejszy pomysł, bo ranczo specjalizowało się w hodowli byków bitewnych Toro Bravo. Tym razem włamu nie było. Od czasów szwajcarskiej przygody i włamania do kawiarni, co najmniej cztery razy sprawdzam, zanim „wbiję gdzieś na kwadrat”. Postanawiam spać krótko i konkretnie, ruszyć dalej o takiej porze, żeby komfortowo dotrzeć do kolejnego docinka specjalnego. W Las Mestas przekraczam granice Parku Naturalnego Las Batuecas-Sierra de Francia i zmierzam w kierunku Sanktuarium Czarnej Madonny na szycie Pena de Francia. Tam kończy się dla mnie wiodący w górę 35 kilometrowy podjazd. Całą drogę do góry boli mnie brzuch, jestem wzdęty i co chwilę łapią mnie kolki. Gnam z prędkością peletonu w obawie, że nie dowiozę wszystkiego na czas. Tutaj w połowie drogi nie ma gdzie skoczyć na bok, wszystko jest chronione, a wyjście poza barierki grozi surowym mandatem. Trzymam moc i zwieracze. W końcu finiszuję w toalecie sanktuarium. Siedzę sobie tam i rozmyślam o tym, gdzie jestem. Już zapomniałem jak przyjemny jest chłód deski klozetowej. Ogarniam co jest do ogarnięcia i z duszą na ramieniu ruszam sprawdzić czy któryś z turystów nie zakosił mi roweru. Na zewnątrz przestrzeń mnie onieśmiela. Z jednej strony świątynia wzniesiona w 1434 roku, z drugiej panorama aż po Sierra de Gredos o Las Hurdes. To właśnie w tym miejscu, przed laty, znaleziono figurkę Czarnej Madonny.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Ruszam w dół, bo innej drogi nie ma. W kierunku granicy z Portugalią, tam w Braganca znajduje się kolejny punkt kontrolny. Nie jest ze mną dobrze, wszystko co zjem i wypiję szybko oddaję. Przyplątała się biegunka. Cieszy mnie to, bo zrzucę wszystko to, czego do tej pory nie mogłem oddać. Boję się tylko odwodnienia, a w tych okolicznościach przyrody i ograniczonym dostępie do wody to może być poważny problem. Na szczęście odcinek nie ma trudniejszych podjazdów. Liczę na to, że spokojną jazdą uspokoję organizm, nie będę potrzebował całej krwi w mięśniach, a żołądek będzie mógł popracować przez chwilę normalnie. Wjeżdżam na tereny graniczące z Portugalią i mam wrażenie, że kraj się zmienił. Budynki i płoty są kamienne, niskie, a ludzie o typowych azjatyckich rysach.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Każdy z tych regionów na swój sposób jest inny, magiczny i szczególny. Ale może to przypadek. Wyjeżdżam na główną drogę prowadzącą do przejścia granicznego i zatrzymuję się na stacji benzynowej. Ogromnej, handlującej taczkami, gipsem, muszlami morskim, ciupagami, sztucznymi dinozaurami i paliwem. W środku arabskie klimaty, ale jest ciepłe jedzenie i gorąca kawa. Do tego klimatyczne miejsce do skosztowania fajki wodnej. Korzystając z okazji przebieram się w cieplejsze ubrania i ruszam przed siebie. Nienawidzę takich dróg, prosta, ruchliwa, ciężarówki i pędzące z prędkością światłą limuzyny. Strach opierać się o przystawkę, bo podmuchy wprowadzają rower w solidne wibracje. Nie było innej opcji, to najszybszy i najskuteczniejszy transfer do punktu kontrolnego. Kiedy droga zmienia się w autostradę w okolicy Quintnilha zjeżdżam na przepiękny górski fragment prowadzący przez Milhao. Pod osłoną nocy atakują mnie podstępne lokalne psiaki. Nie wiem, czy chcą się bawić, czy mnie zjeść, ale ze spokojem podchodzę do takich sytuacji. Strzał wodą z bidonu hamuje hordę. W Gimonde planowałem przeprawę wzniesionym za czasów starożytnych Rzymian mostem, ale jest już noc i sporo obronnych psów w okolicy. Zostaję na głównej drodze. Do Bragancy wjeżdżam grubo po północy i od razu kieruję się do Cytadeli otoczonej 650 metrowym murem z 15 basztami. Tam jest mój punkt kontrolny. Nazwa miasta pochodzi od rodu Braganca, z którego wywodzi się księżniczka Katarzyna, która w roku 1662 została wydana za angielskiego króla Karola II To właśnie ona wprowadziła do Anglii zwyczaj popołudniowego picia herbaty.

 

Zjeżdżam ze wzgórza i zostaję na krótki sen na BP. Leżąc w śpiworze przy kompresorze ustawiam budzik i z nadzieją, że biegunka pozwoli mi chwilę odpocząć, zasypiam. Nad ranem jest wilgotno, czuję to po wszystkich moich pozostawionych rzeczach. Na szczęście wstałem wcześniej i puchowy śpiwór nie zdążył zassać wilgoci. Przede mną 90 kilometrów do początku ostatniego odcinka specjalnego. Widać już koniec, ale suma przewyższeń na mojej nawigacji nie wskazuje na szybki finisz.

Z Bragancy wyjeżdżam na północ i zaraz za miastem przekraczam granicę Parku Naturalnego De Montesihno. To obszar chroniony, w którym mieszka 70% gatunków zwierząt lądowych występujących w Portugalii, z naciskiem na najważniejszą populację wilka iberyjskiego. Legalnie można na niego polować tylko w Hiszpanii.  Tutaj są bezpieczne i występują w licznych watahach. Jak na inteligenta przystało łączę kropki, dużo wilków, zakaz wchodzenia do lasu, wysokie mandaty i sraczka. Nie wiem jak to się dzieje, ale potrzeba fizjologiczna wygra zawsze. Nawet mimo zagrożenia „kupa” jest najważniejsza.

 

Na skraju lasu, jedną nogą na asfalcie, drugą w rowie, wypatrując wilków i kontrując przykuc lewo chwytem za znak drogowy robię co muszę. Dwa razy. Stoję, patrzę się na to co wyprodukowałem i zbieram brudne chustki higieniczne do foliowej torby po pieczywie. Rozumiecie to? Zbieram to, co mogłoby zostać tu na długo i nie być z korzyścią dla otoczenia. Nie jestem jakimś świętym, nie raz na zawodach wywaliłem tubkę po żelu w trawę, ale nie tu, nie dzisiaj. Są pewne granice, których od wielu lat staram się nie przekraczać. Śmieci dowożę do śmietnika, a prawdziwym grzechem jest dla mnie wyplucie na ziemię zużytej gumy do żucia. Dla zwierzaków, ptaków to wygląda jak kuszące pożywienie, a w praktyce jest śmiercionośną pigułą. Niezwulkanizowana syntetyczna guma, powstała wskutek obróbki ropy naftowej potrafi udusić niejedno stworzenie.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

W Rio de Onor wyjeżdżam z Portugali i parku. Przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów jest pusto. Mało samochodów na ulicach, zaczynam się zastanawiać jaki to dzień. Może to już weekend? To jest naturalne podczas długich jazd, gubisz poczucie czasu. Przy wielodniowych wyścigach nie potrafisz uporządkować tygodnia, a w cyklach dobowych, kiedy przychodzi Ci na myśl obiad, to jest już czas późnej kolacji. Na rowerze czas biegnie inaczej, szybciej. Kiedyś ktoś mnie zapytał o czym myślę podczas takich dystansów.  Wracam pamięcią i nie wiem. Myśli i wewnętrznych rozmów jest tyle, że żadna nie pozostaje na stałe w głowie. No może jedna jest częsta, chęć skrzywdzenia organizatora, kiedy lądujesz na trudnym odcinku maratonu. Tak właśnie jest teraz. Podjazd, który zostanie w mojej pamięci jak stara szrama na dłoni. Puerto del Penon, na 1841m n.p.m. na papierze nie robi wrażenia. Średnie nachylenie powyżej 7% na długości około 11 kilometrów brzmi dobrze, ale nie strasznie. Miejscami jest tam 11 i 14% nachylenia, ale zwykle to niewinna zawijka na serpentynie tak się układa. Wjeżdżam tam kompletnie wypalony z węgli, w pełnym słońcu. Szosa nie jest przyjazna, bo poryta, jakby była wylana wiele lat temu z betonu, którego nikt nie wygładził. Ułożona z długich prostych, które dodatkowo miażdżą psychikę. To zupełnie inna jazda niż na sprytnych krótkich serpentynach. Nie widać końca, a przez to, że na długim prostym odcinku nachylenie sprawia łagodniejsze wrażenie, prędkość jest zastanawiająco niska. Trwa to upokorzenie i trwa. W końcu osiągam przełącz i z nadzieją na chwilę odpoczynku puszczam się w dół. Zjazdu mam około 15 kilometrów, ale asfalt po prawej stronie jezdni wygląda jakby go ktoś celowo zniszczył lub celowo nie naprawiał. Serie dziur, placków z asfaltu i niebezpiecznych pęknięć automatycznie zmuszają do trzymania dźwigni hamulcowych. To jest naprawdę niebezpieczny fragment. Żeby przyspieszyć miejscami wyskakuję na lewą, równą stronę szosy, ale samochody skutecznie korygują moje zapędy. Myślę, że pozostawienie drogi w takim stanie było celowe. Gdyby tu był piękny, nowy asfalt, zjazd dla wielu byłby ostatnią kolarską przygodą.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Na dole w Corporales sklep jest zamknięty, ale na środku wioski stoi ujęcie wody. Spotykam tam wielu podróżujących i trenujących kolarzy, kolejka do wody jest długa. Bóle brzucha i biegunka minęły, więc cierpliwie czekam, żeby skorzystać z tego co leci z kranu. Oni piją to ja będę.

 

Przede mną jak na dobicie, podjazd na ponad 1900m n.p.m.  Corporales leży na około 1200m n.p.m. i leży w niecce. Wszędzie, gdzie spojrzę są góry, nie mam wyjścia, te 700 metrów muszę pokonać tu i teraz, zwłaszcza, że to obowiązkowy fragment wyścigu. Kolana już czują bagaż łupania po górach. Tego dnia było tego naprawdę dużo. Z grymasem na twarzy wspinam się do przełęczy, ten odcinek jest już ostatnim z obligatoryjnym. Mijam Puerto de Portillinos i dalej Alto de la Cruz z pięknym widokiem na dolinę ciszy. Moc przestrzeni jest niewyobrażalna, wręcz powalająca.

Na dole czeka na mnie duża miejscowość Ponferada, tam zamierzam uzupełnić zapasy. Jest jeszcze jasno i można sporo nadrobić. Zjeżdżam z dużą prędkością, asfalt pozostawia wiele do życzenia, ale perspektywa bliskiej cywilizacji usypia moją czujność. Tylna opona eksploduje. Wynosi mnie na lewą stronę, manewr jest niebezpieczny, bo wyhamowanie prawie na samej obręczy nie jest prostą sztuką. Opona drapnięta kamieniem lub ostrym fragmentem wyrwy w asfalcie nie wytrzymuje. Ciśnienie w dętce rozrywa małą szparę do rozmiarów pokaźnej dziury. Z boku musiało to wyglądać efektownie. To koniec myślę sobie. Zapasowej opony nie mam, jeszcze w Bilbao zdecydowałem, że jej nie zabiorę, bo stosunek nieutwardzonej nawierzchni do asfaltu jest pomijalny. Przyglądam się temu z bliska i podejmuję próbę naprawy. Między nową dętkę a wewnętrzną część opony, w miejscu wyrwy, wkładam wycięty wcześniej i schowany w bagażu, fragment opony, pompuję kontrolnie i dla pewności owijam na zewnątrz oponę i obręcz taśmą izolacyjną. Trzyma się nieźle, ale dalszy zjazd jest już wolniejszy, w głowie siedzi strach. Tym razem się udało, następny może już nie być taki szczęśliwy. Koło toczy się całkiem dobrze, tylko dodatkowy element wewnątrz opony i taśma działa jak ciężarek na niewyważonym kole i czuję pod tyłkiem nierówne obroty. Jak na karuzeli, raz do góry, raz w dół. Całość działa dobrze i wydaje się być całkiem bezpieczna. Najbardziej martwi mnie jednak fakt, że przede mną jeszcze kilka kamienistych ścieżek do pokonania.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Po zakupach w Ponferadzie wyjeżdżam na północ i po godzinie wbijam się w 13 kilometrowy odcinek szutrowy wiodący wzdłuż rekreacyjnego zbiornika wodnego Embalse de Barcena. Trzeba uważać, bo co chwilę pojawiają się ostrzeżenia o spadających na ścieżkę skałach. W Santa Maria del Sil wyjeżdżam na asfalt i dalej jadę wzdłuż rzeki Sil. Ogromne ilości komarów i much nie dają mi spokoju, na moment nie pozwalają się zatrzymać. Nie wiem czy to brud, pot i smród czy po prostu tak tu jest. Coś czuję, że to chodzi o to pierwsze. Ten odcinek jest mocno wątpliwy. Teraz już wiem, że z Ponferady trzeba było wytyczyć trasę zupełnie inaczej, nawet kosztem większego kilometrażu i cięższej górskiej jazdy. Te kawałki terenowe mocno mnie opóźniły, później analizując swoje decyzje doszedłem do wniosku, że właśnie na tym odcinku mocno spadłem w klasyfikacji. Jazda przez San Emiliano do granicy z Asturią to było prawdziwe wyzwanie. Planując wcześniej wyglądało to na szutrowy 5 kilometrowy, spokojny łącznik. W praktyce był to kamienisty, ciężki, 8 kilometrowy podjazd. Mapy satelitarne kłamały. Nie do końca zdrowa opona i przez to spora rezerwa w brawurze dodatkowo mnie opóźniły. Nie wiem, kiedy ostatnio ludzka noga tam stanęła, bo teren wyglądał na dziewiczy. Droga prowadziła wzdłuż pokaźnych rozmiarów potoku poprzeszywanego kładkami i mostkami. Na jednym z nich ślizgam się jak na łyżwach i efektownie ląduję w wodzie. Na szczęście spadam między głazy. Rower niestety nie, uderza przystawką o kamienie, odbija się i ląduje w wodzie. Przypięte do podsiodłówki ubranie leży w wodzie, z torby na ramie wysypują się power banki, telefon i wszystkie kable. Jestem cały, kości całe, głowa cała. Rwący potok zaczyna zabierać mój ekwipunek w podróż. Nerwowo łapię to co widzę, płynący telefon, baterie, papiery. Niestety moja główna, frontowa lampa roztrzaskana o kamienie gdzieś znika. To ona przyjęła cały impet lądowania. Nie mogę jej znaleźć. Stoję prawie po pas w wodzie i grzebię po dnie, między kamieniami, na oślep i chaotycznie. Nie ma. Wyciągam rower na mostek i z gracją baletnicy przedostaję się na drugi brzeg. Dopiero teraz dociera do mnie, że najbliższa noc będzie bez oświetlenia i w kompletnie mokrych ciuchach. Docieram do ogrodzenia, w oddali widzę zniszczony budynek, który kiedyś mógł być czymś w rodzaju schroniska, w dolinie cisza, dzwonki krów i idealny spokój. Na początku mam wrażenie, że to opuszczony skrawek ziemi, ale nie mam racji. Z górskiej chaty rozciąga się widok na dolinę, a w jej sercu kryje się pustelnia Virgen de las Nieves, do której ciągną turyści. Wyjeżdżam na szosę i z Puerto de la Cubilla z zawrotną prędkością jadę w kierunku Campomanes. To 28 kilometrów zjazdu na wysokość niemalże 1300 metrów niższą. Przede mną ostatni punkt kontrolny na szczycie kultowego podjazdu Vuelty Covadongi. Mam tam niecałe 100 kilometrów i w duchu liczę na to, że uda mi się wjazd i zjazd zrobić zanim zajdzie słońce. Po zmierzchu bez lampy mogę o tym zapomnieć, poza tym chciałbym zobaczyć coś więcej niż tylko asfalt przed moim przednim kołem.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Od Cangas de Onis zaczynam spotykać coraz więcej kolarzy. Otoczenie staje się ekskluzywne, czuć pieniądz i bogatych turystów. Na wysokości Monte Sagual mijam szlaban, przez który na szczyt wpuszczanych jest ograniczona liczba samochodów. Zaczyna się samotna walka z 16 kilometrowym podjazdem, którego średnie nachylenie oszacowano na 7,4%. Nie jest ciężko. Mając za sobą wyrżnięty w psychice podjazd na Puerto del Penon Covadonga sprawia wrażenie prostej i niewinnej górki. Z każdym metrem do góry robi się jednak mgliście i niebezpiecznie. Na szosie stoją krowy i spacerują kozy, kierowcy autobusów mnie nie widzą, bo świeci na kasku tylko moja czołówka. Jestem poirytowany sytuacją. To jest czas na głębsze rozmyślanie i analizy, zły plan, błędny wybór tracka, usterki, awarie i feralna w skutkach wywrotka do wody mocno sprowadzają moje zapędy sportowe na ziemie. Czuje przez to, że logistycznie nie sprostałem zadaniu, może przy odrobienie szczęście noga dałaby radę nadrobić starty, choć to też wątpliwe. Zrezygnowany i w transie wjeżdżam na górę. Jest bardzo zimno. Do nocy jeszcze daleko, ale zakładam na siebie zestaw najmniej mokrych ciuchów jakie mam i wracam na dół. Zjazd jest wolny, bo nadal we mgle jestem niewidoczny. Nie mam czym zaświecić. Do tego masa zwierzaków na szosie. W trakcie pierwszych kilometrów wyścigu jedna z pań wbiła się na zjeździe w stado dzików i z poważnymi obrażeniami wylądowała w szpitalu. Wtedy o tym nie wiedziałem, ale zdawałem sobie sprawę z konsekwencji brawurowej jazdy w tych warunkach i okolicznościach. Ja mam dom, kochającą rodzinę, nie zaryzykuję niczego, co mogłoby ich skrzywdzić. Nigdy!

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Covadonga zdobyta, na dole porządkuję ekwipunek i ruszam na ostatni odcinek. Do mety pozostało 240 kilometrów. Wiem, że ten fragment wyścigu będzie przyjemny. Ma co prawda prawie 3500 metrów do góry, ale prowadzi w znacznej części w okolicy dużych aglomeracji. Wyjazd z okolic podjazdu jest sympatyczny, masa kolarzy, pozdrowień i sympatycznych gestów. Chyba wiedzą kim jestem, łudzę się w duchu. Od czasu do czasu ktoś krzyknie Hey Transiberica???!!! Yes! Buena Suerte!!! To na nowo buduje we mnie kolarza, chce mi się jechać i walczyć do końca, tyle pozytywnych emocji przekazują mi obcy, że aż chce mi się płakać ze szczęścia. Wjeżdżam w ostatnią noc i moja czołówka zaczyna nie wystarczać. Mam zapas baterii, świecę najmocniej jak się da, ale to nadal za mało. Jest niebezpiecznie, nie widzę szosy, kierowcy zauważają mnie w ostatniej chwili, do tego nakłada się potęgujące zmęczenie. Pociągnąłbym to pewnie do końca, ale podświadomość ratuje sytuację i każe się zatrzymać. Przysiadam gdzieś pod śmietnikiem i opieram się o ciepły plastik kontenera, ale trwa to krótko. Podejmuję drugą próbę. Cały czas jestem w górach, po lewej i prawej stronie w blasku księżyca widać monstrualne wzgórza, wzdłuż rzeka Rio Cares, która dmucha miejscami zziębniętym powietrzem. To jest dobry czas na jazdę, właśnie dzisiaj wypada pełnia, widać 99.6% powierzchni księżyca. To w zestawie z moją czołówką nie wystarcza. Zatrzymuję się na przystanku blisko czegoś co przypomina przepompownię. Tutaj zostanę, wszędzie spokojnie i pusto. Nagle z zza przystanku dochodzi do mnie niski głośny ryk. Nie wiem, czy to maszyna przepompowni, czy lokalna bestia wyszła na polowanie. Zrywam się na równe nogi wsiadam na rower i uciekam. Pozostawiona na ławce puszka coli zmusza mnie do powrotu. O nieee. Niedźwiedź, nie niedźwiedź, tylu kalorii nie zostawię na zmarnowanie. Ze sprytem off road’owego sprintera podjeżdżam i zgarniam co moje. Pobudzony zaczynam lepiej widzieć w tym marnym świetle, ale starcza tego na kilka kilometrów. W końcu poddaję się i blisko ludzi, bo słyszę ich głosy, kładę się spać na przystanku autobusowym. Jestem mokry, bo ubrania nie zdążyły wyschnąć, wsuwam się do śpiwora w całości. Buty śmierdzą, że ciężko zasnąć. Myślę sobie że tak nie mogę wjechać na metę w Bilbao, nie w tym stanie. Ale to plan na jutro, teraz czas przeczekać ciemność.

 

Trzy godziny później wstaję i zgodnie z wyćwiczonym rytuałem kompletuję ekwipunek. Ruszam zdobyć metę. Ta świadomość dodaje mi mocy i wewnętrznej siły. Wychodzi słońce, pojawiaj się coraz więcej zabudowań, zbliżam się do miejscowości Santander. Cywilizacja na wybrzeżu eksplodowała, jest wszystko, sklepy, stacje z posiłkami, wszystkiego w brud. Tym razem potrzeby mam inne. Postanawiam zrobić pranie. Wiem, że na mecie czekać będzie różowa załoga Babskiej Korby, nie mogę wjechać w towarzystwie wszechotaczającego smrodu. Kolejno płukam koszulkę, potówkę i jadąc suszę na przystawce. Wyciągam głęboko schowanego hugo boss’a i skrapiam się tu i ówdzie. W takim stanie odświeżenia mijam Laredo. Widać ocean, jestem naprawdę blisko. Końcówka jak zawsze zaczyna mnie drażnić, kilometry nie chcą znikać, wytyczony kurs kluczy po wioskach i miasteczkach. Trasa robi się nieznośnie męcząca. Teraz widzę, że na ekranie komputera wygląda to inaczej niż w rzeczywistości i wiele fragmentów poprowadziłbym teraz inaczej, prościej i szybciej. Ale to nie jest czas na takie zmiany i eksperymenty. W końcu przebijam się przez Portugalete, Barakaldo i na przedmieściach Bilbao dołącza do mnie lokalny kolarz, który śledził moje poczynania. To jeden z dopuszczalnych zwyczajów w tego typu wyścigach. Taki gest ze strony kibiców, którzy choć kilometr chcą towarzyszyć zawodnikom w ich trudach. Ostatni przejazd, zwrot, ścieżka rowerowa i już widzę monumentalnego Puppy’ego i czekającą na mnie różową załogę bombowca. Finiszujemy. Ala, ZGonia i Marcin wpychają mi w ręce zimne piwo i przepysznie tłusty tost. Na mecie są również Piko, Fanny i Wilson. To też jest już zwyczaj. O ile to możliwe,  w dobrym tonie jest witać zawodnika finiszującego po Tobie. Kończę Transibericę z czasem nieco ponad 213 godzin, co daje 12 miejsce w klasyfikacji. Na końcu muszę napisać, że nie jestem z tego dumny, masa błędów nawigacyjnych, logistyczny chaos i nieumiejętne dopasowanie organizmu do warunków pogodowych już dzisiaj powoduje, że zamierzam tam wrócić z rewanżem.

 

Podsumowanie wraz z cennymi wskazówkami znajdziecie mam nadzieję już wkrótce w znacznie obszerniejszej, drukowanej wersji tej historii.

 

#ultratrack 

photo by BiteOfMe

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.
22 września 2021

Transiberica Ultrakolarstwo cz.3

Radek Rogóż