rogoz.radoslaw@gmail.com

+48 513 069 676

 

Na miejsce naszego zgrupowania wybrałem nie bez powodu Warmię i Mazury, a konkretnie okolice wszystkim znanych Świękit, Wapnika i Lubomina. Miałem bowiem plan na chwilę odpuścić góry, pojeździć po krótkich interwałowych sekcjach i w nie do końca sprzyjających warunkach drogowych. Wiem, że brzmi to co najmniej głupio, ale chodziło o trening w trudnym terenie, zwłaszcza, że jedna z uczestniczek naszego zgrupowania była na etapie przygotowania do GLG (Great Lakes Gravel – 480km na gravelowej pętli Warmii i Mazur).

 

Spotykamy się w środę 26.08 w znanej agroturystyce w Pitynach. Niestety pada deszcz, mam spore wątpliwości, czy całość się powiedzie. Do tego zawsze staram się towarzyszyć uczestnikom zgrupowania na rowerze, a tym razem tyłek piecze i czuję rwanie w kolanie. Jestem kilka dni po finiszu w Bałtyk Bieszczady Tour. No ale nie zrażam się. Siła i powodzenie każdego przedsięwzięcia jest w ludziach.

 

Jest z nami Justyna Sikorska. Tak, dokładnie ta od kawy Herreria. Młodziutka i przestraszona, ale nie daje tego poznać po sobie. To właśnie ona w tym roku będzie atakowała GLG. Ma za sobą Małopolską 500kę, więc może jest młodziutka, ale już z pewnym bagażem doświadczeń. 

 

 

Jest też Aga Pieróg. Tą panią poznałem w marcu na moich covidowych treningach online. Do tej pory widziałem ją tylko w telewizorze i powiem Wam w realu wypada zaskakująco pozytywnie. W TV zawsze „poker face”, nawet jak tętno osiąga wartości progowe. W Realu? Z ciętym, doskonałym dowcipem, dobry kompan do wszystkiego. Pasuje mi bardzo. Aga przyjechała trochę dowiedzieć się o sobie, ustalić gdzie jest jej sportowa dyspozycja i co zrobić żeby ją podnieść.

 

 

Trzeci uczestnik to Kosma Szostak, zapalony triatlonista. Wysoki i silny zawodnik z ogromnym potencjałem sportowym. Mam na niego naprawdę niecny plan. Kosma przyjechał solidnie podreperować swoje możliwości sportowe. Trenować, jeść i spać jak na solidnym zgrupowaniu.

 

 

W środę rozstajemy się z 80 kilometrowym planem w kierunku Morąga. Większość szos w tych okolicach jest w dobrym stanie, zwłaszcza odcinki bliżej Miłomłyna i Łukty, więc powinno być miło i przyjemnie. Rano jednak zmieniam szybko plany i wypada pętla 120km, czyli dojeżdżamy prawie do Olsztyna, a powrót przez Lubomino i Wapnik.  Żeby wszyscy mieli cel ustawiamy ucieczkę dziewczyn przed Kosmą. Czyli Kosma na swoim Trek Speed Concept będzie próbował na swojej drugiej 120km pętli dogonić nas i zdublować. Ambitnie co?

Ustawiamy zakresy mocy i wio. Jedziemy. Pogoda robi się fajna, wychodzi słońce i z każdym kilometrem robi się naprawę coraz przyjemniej. Na pętli jest około 750 metrów przewyższenia w układzie wielu małych pagórków. To idealny teren do ćwiczeń szybkich i dynamicznych podjazdów, panowania nad rowerem w korbach, wysokiej kadencji. Aga strzela do przodu, ustalamy zakresy w jakich ma jechać i zgodnie z planem rusza do przed siebie. Zostaję z Justynką. Dla niej ułożyło się najlepiej, bo oprócz ćwiczeń jedzie kilka kilkunastominutowych interwałów. Jej tętno mnie zaskakuje. Potrafi się wkręcić na naprawdę wysokie obroty i jechać bardzo dynamicznie. Gdzieś tam jeszcze jej technika ucieka, ale szybko to korygujemy i lecimy dalej. Po zejściu adrenaliny jedzie się już bardzo fajnie i swobodnie. Sporo spostrzeżeń wymieniamy, opowiadam o swoich doświadczeniach, o tym co warto a czego nie.

Mamy jednak z tyłu głowy, że ktoś nas goni. Na około 60km do końca naszej jazdy Kosma rusza na swoją drugą 120km pętlę. Myślę sobie, że jak nas dogoni to mu wszystkie rowery dzisiaj umyję. Ale trochę zabrakło. W okolicy Wapnika Kosmę łapie mocny kryzys. Nie powiem, żebym się tego nie spodziewał. Ale jesteśmy tu po to, żeby poznać siebie i własne ograniczenia i słabości. Okazało się, że było za mało płynów, za mało jedzenia. Trzeba z tego wyciągnąć wnioski i przełożyć na kolejne jazdy. Mimo zwiechy Kosma zamyka 239km ze średnią 34,1 i mocą znormalizowaną 243W. Pierwsza pętla 120km zamknięta w czasie 2:49, nie pisze o mocy, a prędkość sobie policzcie i uważajcie żeby Wam kalkulator z rąk nie wypadł.

 

 

Ja tez kończę dzień z dziewczynami dobrą dawką pozytywnego zmęczenia. Analizuję pliki i co tu dużo pisać, każda z nich dała z siebie naprawdę dużo. Jestem z tego bardzo zadowolony.

 

Drugi dzień zaczyna się pięknie. Jest słonecznie i ciepło. Wspólnie zdecydowaliśmy, że wyjdziemy na rower trochę później. Do południa wsadzam dziewczyny na trenażery i jadą test FTP. Moc progową Agi znam od dawna, więc w jej przypadku to była proforma, ale Justynka robi to po raz pierwszy. Dla pewności robi tą jazdę na moim Trek Madone Speed Disc. Wyniki są zaskakująco obiecujące a HRmax ma jak kosmitka.

 

 

 

Żeby ładnie ugruntować poranną jazdę jedziemy autem na podjazd w okolicy Jezioran. Ten sam, który na trasie PTJ potrafi wzbudzić wiele emocji. Nie jest to co prawda jakaś niedostępna góra, ale na odcinku 1,5km można zrobić całkiem ciekawy trening. Dziewczyny zdobywają górkę 10 razy w różnych konfiguracjach. Raz w dolnym chwycie, raz na stojąco, raz z wysoką kadencją, raz z niską. Celem jest pokazać im na tym etapie, jakie są różnice w dynamice podjazdu. Nie jadą na HR, ani na mocy. Tym razem wskaźnikiem wiodącym jest dla nich prędkość wznoszenia, czyli ilość metrów przewyższenia jaką są w stanie pokonać w ciągu 1h.

 

Kosma dojeżdża do nas na rowerze mniej więcej w połowie treningu dziewczyn i zaczyna swoje 10 rund do góry. U niego badamy już moc, podjazdy robi raz na rowerze triatlonowym raz na szosowym, porównujemy czas podjazdu w leżeniu na przystawce i w zwykłym chwycie. Odnosimy moc do prędkości wznoszenia. Tutaj oprócz techniki podjazdów zależy nam bardziej na złapaniu różnic, które w późniejszych, konkretnych startach przełożą się wymiernie na czas przejazdu.

Kończymy, robimy szybki transfer do Kikit, tak do tych Kikit gdzie mieści się ostatni punkt kontrolny PTJ. Kosma po szybkiej transformacji robi 1000m pływania i po przebiórce wraca do Pityn na rowerze. Ja z dziewczynami wracam autem.

 

 

Zmęczenie zaczyna pomału się kumulować. Nie szczególnie mamy ochotę na długie siedzenie. Idziemy spać, bo następnego dnia zostałem zmuszony do zrobienia caffe ride'u. Rano po śniadaniu wybieramy kierunek Orneta i dalej prosto do Lidzbarka Warmińskiego. Doskonała droga, mało samochodów, ale mimo wszystko całość to blisko 100km. Kosma dostaje dłuższą o około 20km trasę i zakaz zatrzymywania się na ciastko i kawę.

 

Ruszamy. Założenie jest proste, ugruntować to czego nauczyliśmy się przez ostatnie dwa dni. Dziewczyny mimo zmęczenia pokazują prawdziwą klasę. Podjeżdżają bardzo dobrze, świetnie radzą sobie z wiatrem i jakoś tak widać po nich, że czują te swoje rowery. Świetnie to wygląda.

Kosmę widziałem tylko raz, ale to nic. Jak zwykle i tak spojrzę w plik i będę wiedział na ile zrealizował cele dnia dzisiejszego. W Lidzbarku zjadamy z dziewczynami szarlotkę z lodami, pijemy kawę i lecimy do Lubomina przez Bieniewo i Wolnicę.

 

 

Na początku podła droga, ale później bajeczny las i doskonała szosa. W trakcie około 1,5km bruku, ale w przepięknej wiosce i w przepięknych okolicznościach przyrody. Mój garmin na tym bruku wskazał podjazd. Mieliśmy zatem małą dawkę z klasyka Ronde Van Vaalnderen. Nie napisze kto kwękał. W Lubominie spotykamy Kosmę i już wspólnie dojeżdżamy do Pityn.

 

 

 

Po obiedzie zaplanowaliśmy mały panel na temat serwisowania roweru. Starym schematem zepsułem rower Justyny. Ale tak się zagadaliśmy przy tym grillu, że nikt nawet nie spojrzał na rower. Następnego dnia rano musieliśmy go doprowadzić do stanu pozwalającego na bezpieczną jazdę.

 

W niedziele miało być szybko, krótko i konkretnie, bo chcieliśmy wcześniej wyjechać do domu, ale zaskoczył nas spory deszcz. No ale nie ma się co martwić. Dziewczyny schowane pod wiatą grillową dostały podjazd na Hochtor od strony Winklern. Sprawny kolarz robi to w 2-3h. Tutaj jednak kumulacja zmęczenia była już spora i zdecydowaliśmy, że niezależnie od zaawansowania podjazdu przerywamy trening po 2h. To już było widać, tętno stało w miejscu, moc wchodziła, ale jakoś tak nieśmiało. Do tego Aga zerwała łańcuch na samym końcu treningu. Koniec

 

 

Nie będę się silił na sute podsumowanie. Było dość solidnie, spore objętości i wbrew pozorom sporo metrów do góry. Klimat nie był taki, jak na naszych otwartych zgrupowaniach, gdzie jeździ grubo ponad 20 osób. Było kameralnie, ale dzięki temu mogłem się skupić indywidualnie na każdym z uczestników. Na tym zależało mi najbardziej.

 

Dziękuję, że byliście, że mi zaufaliście. Będę kontynuował takie zgrupowania w różnych lokalizacjach, bez względu na liczbę chętnych.

 

#UltraTrack

 

Leśna Doba Ultramaraton biegowy w lesie Karolewskim. 24h bieganie po leśnych ścieżkach.
09 września 2020

Zgrupowanie Warmia i Mazury - leżeliśmy tylko chwilę.

Radek Rogóż