1090 kilometrów, 14 600 metrów przewyższenia, 54 godziny i 36 minut jazdy oraz 3. miejsce w klasyfikacji generalnej. Tak w liczbach wyglądał tegoroczny Race Through Slovakia. Dla mnie był to jednak przede wszystkim generalny sprawdzian przed Transcontinental Race – okazja do przetestowania strategii, sprzętu, odżywiania i własnych decyzji podczas ponad dwóch dób nieprzerwanej jazdy.
Z perspektywy treningowej również było to bardzo wartościowe 55 godzin. Według TrainingPeaks wyszło 28 500 kJ wykonanej pracy, 184 W mocy znormalizowanej (NP), IF 0,55 i TSS 1638. Te liczby dobrze pokazują skalę wysiłku, ale znacznie ciekawsze okazały się wnioski dotyczące tempa, odżywiania i strategii na TCR.
Jak zwykle – chronologicznie.
Już dzień przed startem czułem, że organizm zaczyna z czymś walczyć. HRV mocno spadło, pojawił się lekki ból gardła i brzucha. Nie panikowałem, bo zdarzało mi się to już wcześniej przed ważnymi startami. Zadbałem o jedzenie, nawodnienie i profilaktycznie kupiłem Ibuprom.
W dniu startu HRV było jeszcze niższe, ale po dobrze przespanej nocy czułem się całkiem normalnie.
Po kilku kilometrach neutralizacji za samochodem policyjnym od razu zaczęło się ściganie. Razem z Piotrkiem Gdowskim szybko odjechaliśmy od reszty i po pierwszych 30 kilometrach mieliśmy około trzech minut przewagi. Pierwszy podjazd każdy pojechał swoim tempem – Piotrek odjechał, ja pilnowałem własnych watów i na szczycie straciłem około półtorej minuty.
Pierwsza część wyścigu była chyba najtrudniejsza psychicznie. Przez blisko 300 kilometrów praktycznie cały czas jechaliśmy pod mocny wiatr. Do tego profil trasy tylko na mapie wyglądał płasko. W rzeczywistości była to niekończąca się sinusoida krótkich, stromych podjazdów i zjazdów, na których przez czołowy wiatr nie dało się wykorzystać rozpędu.
Momentami było to naprawdę frustrujące, bo wiedziałem, że w normalnych warunkach tempo byłoby wyraźnie wyższe.
Mimo wszystko jechało mi się dobrze. Do pierwszego postoju przejechałem 273 km w 9 godzin i 40 minut, utrzymując 28,3 km/h średniej przy 237 W NP i 217 W średniej mocy. Jak na pierwsze dziesięć godzin ultra było to naprawdę mocne tempo. Z perspektywy TCR wiem już, że tam pierwsze dni będą musiały być wyraźnie spokojniejsze.
Dzięki plecakowi z bukłakiem mogłem pominąć planowany postój około 210 kilometra i dojechać aż do 273 km. Krótkie uzupełnienie zapasów, nogawki, rękawki i ruszyłem w góry.
Pierwszy podjazd do hydroelektrowni Dlouhé stráně, który na Rouvy wydawał mi się całkiem przyjemny, na zmęczeniu był już bardziej wymagający. To właśnie ten podjazd będzie również na TCR i utwierdził mnie w przekonaniu, że przednia zębatka 38T będzie rozsądniejszym wyborem niż 40T. Na płaskim 40T spokojnie wystarcza, ale w górach trochę lżejsze przełożenie da więcej swobody.
Na szczyt dojechałem o zachodzie słońca. Temperatura spadła w okolice zera, więc dołożyłem praktycznie wszystkie warstwy: grube nogawki, rękawiczki, buffa, czapkę i dodatkową kurtkę.
Końcówkę Parcours 2 zamykał Pradziad. Przed podjazdem jelita przypomniały o sobie i kilka minut spędziłem w Toi Toiu. Dobrze, że się zatrzymałem, bo później podjazd poszedł już całkiem sprawnie. Największym problemem okazała się nierówna nawierzchnia z luźnym szutrem po zimie. W głowie zapamiętywałem miejsca, na które trzeba będzie uważać podczas zjazdu.
Po zjeździe krótki postój, kanapka, druga do kieszeni i ruszyłem w noc.
Nocny odcinek był zdecydowanie szybszy od planu. Trasa była znacznie mniej pofałdowana, ruch praktycznie znikomy i mimo chłodu jechało mi się bardzo dobrze.
115 kilometrów spod Pradziada do podnóża Parcours 3 przejechałem ze średnią 28,8 km/h, generując jedynie 171 W NP. To był dobry przykład, jak dużo czasu można zyskać nocą, jadąc spokojniej, ale bardzo płynnie.
Na porannym postoju klasyczny zestaw: kanapka, druga do kieszeni, uzupełnienie bidonów i poranna toaleta. Jedyny błąd – zbyt długo jechałem jeszcze w ubraniach na noc i po kilkudziesięciu minutach musiałem ponownie się zatrzymać, żeby się rozebrać.
To był zdecydowanie najtrudniejszy fragment wyścigu.
Mam wrażenie, że w Czechach i na Słowacji nie uznaje się serpentyn. Większość podjazdów to po prostu asfalt poprowadzony prosto pod górę. Nachylenia 15–20% były normą, miejscami jeszcze większe. Do tego pełne słońce i wysoka temperatura.
Pod koniec Parcours, widząc kolejną pionową ścianę, położyłem się na około 20-minutowy powernap. To był bardzo dobry ruch. Ostatni podjazd miał miejscami ponad 20%, a końcówkę po prostu wypchnąłem.
Ciekawie wyglądały również dane. Pierwszego dnia większość długich podjazdów jechałem przy 180–200 W NP, natomiast po około 650 kilometrach było to już około 150 W. To naturalny spadek wynikający ze zmęczenia, ale dzięki spokojniejszej jeździe i lepszemu zarządzaniu wysiłkiem tempo nie uciekło tak bardzo, jak mogłoby się wydawać.
Na tym etapie było już jasne, że wyścig potrwa dłużej niż zakładałem.
Prognozy zapowiadały kolejną zimną noc, a doświadczenia z Pirenejów i Norwegii nauczyły mnie jednego – z przemęczonym organizmem nie warto negocjować.
Zamiast walczyć do utraty sił, znalazłem nocleg w Bańskiej Bystrzycy u podnóża Parcours 4.
To nie był postój dlatego, że nie dałem rady. To był świadomy wybór. Wiedziałem, że jeśli będę walczył z organizmem przez kolejne godziny, stracę znacznie więcej czasu na snuciu się, przypadkowych postojach i spadku tempa niż na trzech godzinach snu.
Plan był prosty: pół godziny na prysznic i jedzenie, trzy godziny snu i pół godziny na wyjazd.
W praktyce wyszło niemal idealnie. To był bardzo dobry trening logistyczny przed TCR. Podczas Trans Pyrenees właśnie na postojach traciłem zdecydowanie za dużo czasu i chciałem sprawdzić, czy potrafię je zdyscyplinować.
Po wyjeździe szybko dogoniłem Piotrka. Niedługo później zaczęło padać.
I to naprawdę porządnie.
Spodnie przeciwdeszczowe zostały w domu, ale to akurat nie było największym problemem. Okazało się nim coś zupełnie innego – nie byłem w stanie założyć ochraniaczy Velotoze na buty. Najwyraźniej skurczyły się od ostatniego użycia.
To był jedyny realny błąd sprzętowy całego wyścigu.
Resztę Parcours 4 jechaliśmy z Piotrkiem praktycznie razem. Dopiero na ostatnim bardzo stromym podjeździe odjechał.
Na końcu Parcours trzeba było wybrać: krótki wariant z prowadzeniem roweru albo około 60-kilometrowy objazd.
Domyślałem się, że Piotrek - podobnie jak praktycznie cała stawka z krótszego dystansu - pójdzie skrótem. Ja świadomie zostałem przy swoim planie. Uznałem, że w bezpośredniej walce pod górę i tak będzie szybszy, więc warto spróbować czegoś innego.
Czasowo oba warianty okazały się praktycznie identyczne. Jedyną różnicą było to, że jadąc objazdem przez ponad dwie godziny praktycznie cały czas trzeba było pedałować.
Ostatni postój zrobiłem trochę dłuższy (40 minut), żeby się ogrzać po ulewie i uzupełnić zapasy jedzenia. To była bardzo dobra decyzja.
Od rana praktycznie nie przestawało padać. Najgorszy był długi - ponad 20-kilometrowy - zjazd z Donoval w ulewie. Po kilkudziesięciu kilometrach wszystkie warstwy odzieży były mokre i lodowate. Przez chwilę naprawdę zastanawiałem się, czy nie szukać kwatery tylko po to, żeby się ogrzać.
Na szczęście zaraz zaczął się długi podjazd.
Na jego szczycie przypomniałem sobie, że w torbie mam worki foliowe po kanapkach. Włożyłem je pod spodenki i na kolejnym zjeździe działały jak prowizoryczna izolacja od zimnego wiatru. Bardzo proste rozwiązanie, ale zrobiło ogromną różnicę.
Do mety zostało już tylko konsekwentnie robić swoje. Mocne zjazdy, spokojne podjazdy i bez zbędnego szarpania. Nie wiedziałem nawet, jaka jest sytuacja na trasie – telefon odmawiał współpracy, bo mokre i zmarznięte dłonie nie były w stanie obsługiwać ekranu.
Na metę wjechałem około 17:40, niespełna dwie godziny za zwycięzcą - Piotrem Gdowskim.
Najbardziej cieszy mnie przygotowanie fizyczne. Początek był prawdopodobnie zbyt mocny jak na TCR, ale przez cały wyścig utrzymywałem dobre tempo. Szczególnie zadowolony jestem z jazdy nocą, zjazdów i tego, że nawet po ponad 1000 kilometrach nadal byłem w stanie jechać płynnie.
Bardzo dobrze zadziałała również strategia. Kiedy plan zaczął się rozjeżdżać, zaakceptowałem to zamiast próbować odrabiać czas za wszelką cenę. Sen w hotelu okazał się jedną z najlepszych decyzji całego wyścigu.
Sprzętowo praktycznie bez zastrzeżeń. Jedyny problem to ochraniacze na buty. Za to ogromnym zaskoczeniem były wyścigowe Pirelli P Zero Race RS, które bez najmniejszych problemów poradziły sobie na kamienistych i szutrowych odcinkach, w tym zjazdach.
Dużo nauczyłem się również o odżywianiu. Przez pierwsze dwa dni dominowały żele i carb drinki, ale z czasem coraz lepiej wchodziło normalne jedzenie. Kanapki, soki i ice tea okazały się znacznie lepszą bazą, a żele stały się tylko dodatkiem.
Świetnie sprawdził się także plecak z bukłakiem. Dał dużą swobodę planowania postojów, ułatwił picie i bardzo przyspieszył przebieranie. Przed TCR chcę jeszcze sprawdzić, czy da się ograniczyć jego wpływ na dogrzewanie pleców podczas największych upałów.
Race Through Slovakia utwierdził mnie w przekonaniu, że fizycznie jestem gotowy na Transcontinental Race. Najwięcej pracy zostało już nie na treningach, ale w dopracowaniu szczegółów: tempa pierwszych dni, odżywiania, logistyki postojów i kilku elementów sprzętu. Jeśli właśnie tego nauczył mnie ten wyścig, to był zdecydowanie jednym z najbardziej wartościowych startów w ostatnich latach.
Wojciech Nogalski
Nie wszystkie zdjęcia pochodzą z RTSL
Strona stworzona w kreatorze stron internetowych WebWave