rogoz.radoslaw@gmail.com

+48 513 069 676

 

 

Większość z Was z pewnością przeczytała relację Oli Piekarskiej, Michała Wilka lub Pawła Bieniewskiego. Oddają w detalach klimat imprezy i prezentują spojrzenia z różnych perspektyw. Potraktujcie zatem tych kilka słów jako subiektywną ocenę imprezy, może trochę jako rekomendację, a z pewnością jako wybrany zbiór informacji, które mogą komuś, kiedyś się do czegoś przydać.

 

Ale do rzeczy

 

Pierścień jest w mojej opinii jednym z ciekawszych ultra maratonów kolarskich w Polsce. 615 km trasa wiedzie z okolic Dobrego Miasta aż do granicy wschodniej naszego państwa, tam zawija, żeby przez Ełk i Giżycko wrócić na metę. Jest dość wymagająca, mimo tego, że to nie góry tylko przepiękna Warmia i Mazury. Jak zaczynałem tam startować, jedna rzecz bardzo mi nie pasowała, a mianowicie fakt, że trasę od Sejn lub Augustowa wiodącą wtedy przez Wydminy, pokonywałem w nocy. Ale organizator albo przyjął sugestie, albo tak wyszło z losowania, że jednego mojego roku odwrócił trasę. Miałem wtedy okazję poznać to, czego dotychczas nie poznałem. Zobaczyć za dnia pokonywane do tej pory po zmroku urokliwe zakątki tych ziem. Nie wiem, która wersja pasuje mi bardziej. Obie są klimatyczne i interesująco pomarszczone. Obie nafaszerowane małymi, miażdżącymi psychikę pagórkami.

 

 

Jak to mówią mądre głowy z wiatrem to i śmieci polecą. Więc poleciałem w tym roku na tyle na ile covidowy rok pozwolił się przygotować. Prawdą jest, że już od bardzo dawna nie liczę na czołowe lokaty w tej imprezie. Jestem za lekki, za słaby i chyba już delikatnie za stary. No ale jak to napisał kolega Paweł Bieniewski chociaż trochę można młodzież postraszyć.

 

Startowałem w kategorii solo, czyli takiej, w której całą trasę maratonu należy przejechać samodzielnie, bez towarzystwa innych kolarzy no i oczywiście bez wsparcia z zewnątrz (tu apelują do solistów co z takiego wsparcia korzystają - kiedyś uda mi się zebrać dowody, wtedy nie oszczędzę). Z klasyfikacji zeszłorocznego Pucharu Ultra maratonów przyszło mi ruszać mniej więcej ze środka stawki. Ani to dobrze, ani źle. Jasne, że wolę gonić niż uciekać, ale jak napisałem, znam doskonale swoje miejsce w szeregu, więc większego stresu z pozycją startu nie miałem.

 

Liczyłem na dobrą i równą jazdę, minimalizowanie postojów. Ba, miałem nawet na to swój plan. Ale jak powiedział Mike Tyson „Każdy ma jakiś plan dopóki nie dostanie pięścią w mordę”. Ja dostałem po zmroku, czyli gdzieś w okolicy Raczek i dojazdu do punktu w Kordegardzie. Złośliwi powiedzą, dostałem w mordę, bo przy zmianie kierunku, wiatr się zmienił. I tak i nie, w tym roku rzeczywiście w kierunku Sejn wydawało się, że wiatr jest korzystny. Dla mnie 60kg przykurczonego kolarza amatora taka korzyść była wątpliwa. Mało tego, miałem nawet wrażenie, że wieje z niekorzyścią dla mnie.

Inni powiedzą, to po co zakładałeś koła na stożkach. Odpowiadam: bo tylko takie mam do tego roweru. Ale wracając do meritum. Przed Kordegardą zawieszam się jak stary PCet. Prędkość maleje, motywacja spada, a niestrawione pierogi wiozę od 162km z punktu w Rydzówce. Podświadomość dbająca o bezpieczeństwo organizmu zaczyna kreować serię scenariuszy obronnych. I to jest ten moment, który powinni okiełznać mniej doświadczeni ultra kolarze.  Podświadomość mimo, że chce dla nas dobrze, w tych konkretnych warunkach działa jak kuszący diabeł. Zatrzymaj się !!! Odpocznij !!! Na pewno chce Ci się siku !!! Zdejmij na chwilę buty !!! Porozciągaj się !!! Czarcie głosy kłębią się w głowie. Nosz q..a, nie może tak być. Mam za sobą trochę dłuższe jazdy i poważniejsze ściganie, nie mogę się złamać tuż przed 400 kilometrem. Co powie moja żona. Aaaa by the way – tym razem zabroniła do siebie dzwonić z takimi sprawami. Więc zostałem z tym sam, samiuteńki. I tu zaczynają się negocjacje, istne „igraszki z diabłem” i gra w mariaszka jak w sztuce Jana Drdy.

 

Co mnie w końcu postawiło na nogi? Na pewno doświadczenie. Wiedziałem, że moment słabości przyjdzie, ale nie myślałem, że tak wcześnie. Pogodziłem się z tym faktem, kosztowało mnie to co prawda masę czasu, ale przetrwałem. Najważniejsze to przeczekać. Nawet jak naładujecie żeli, środków przeciwbólowych to na podświadomość to nie działa. Trzeba być świadomym swoich słabości i umieć z nimi postępować. To też jest jeden z elementów treningu do ultra.

Ja miałem jeszcze jeden bodziec motywacyjny. W tych zawodach jechała moja zawodniczka, nie mogłem pokazać słabości. Wiem też, że moje cudowne dziewczyny z Babskiej Korby z Bielska Białej  patrzyły na moją kropkę. Gdybym odpuścił, to na mecie nie wiedziałbym co mam z oczami zrobić. Byłoby mi wstyd jako trenerowi. Staram się budować w zawodnikach zdolność walki z własnymi słabościami, co by było gdybym przegrał sam ze swoimi. Mój start miał mieć dla nich pewien wymiar edukacyjny, więc tym bardziej musiał zostać ukończony.

Wiec poszło dalej !!! W Kordegardzie pyszna kwaśna zupa pomidorowa z ryżem i jazda do kolejnego punktu. Do Ełku dojeżdżam sprawnie? No nieee, może sprawnie to zbyt odważa ocena, po prostu dojeżdżam. A tam Gosia i Paweł Kosiorek na punkcie. To spotkanie dało mi kolejną porcję sił. Fajnie jak na punktach spotkać fajnych znajomych. Umawiamy się na pogaduchy na Pięknym Wschodzie gdzie planuje pojawić się z moją Elą.

W Giżycku jeszcze lepiej. Na punkcie Oskar, dobrze, że bez piesków. Siadaj pogadamy, mówi, co się będziesz z młokosami ścigał, nie musisz już nic nikomu udowadniać. Kurde, prawie mnie namówił. Ale nie tym razem.

 

Dalej to już dożynki, ale nie święto plonów, tylko dorzynki, ostatnie cięcia na trasie. Kto jechał ten wie, że ostatnie około 100km jest nasycone męczącymi pagórkami, a za Jezioranami króluje główny podjazd trasy wijący się jak serpentyna na Col du Galibier. Do tego od Dobrego Miasta do Lubomina i dalej na Wapnik do mety cały czas jest dość interwałowo. Z mojej oceny warto zachować odrobinę sił właśnie na te ostatnie 100km. Tutaj naprawdę można zarobić sporo czasu w stosunku do konkurencji.

 

Na metę wpadam o 7:45 z czasem 20:55. No cóż na tyle było mnie stać w tym roku. Silna konkurencja była poza moim zasięgiem. Kłaniam się wszystkim, którzy ukończyli PTJ, a w szczególności chylę czapkę przed czołówką. Brawo, jesteście naprawdę świetni. Zasługujecie na duży szacunek. Mój już macie.

 

Notuję najważniejszy swój sukces na tej imprezie !!! Nie dostaję kary za opuszczenie punktu. W zeszłym roku nieświadome ominięcie Kordegardy kosztowało mnie +60min. W tym roku nie wywalę ostemplowanej karty do kosza tylko zachowam z kompletem pieczątek.

 

A teraz nieco poważniej

Tak naprawdę trasa mimo swego profilu jest idealną trasą dla ciężkich i silnych zawodników. Tak to oceniam na podstawie własnego doświadczenia i znanej mi literatury. Ale czy w ultra ma to aż takie znaczenie, a jeśli ma to jak duże? Na ponad 600 kilometrach podjazdów jest może 2 lub 3, a ich kategoria wątpliwa, bo najdłuższy ma bodajże 900m z maksymalnym nachyleniem rzędu kilkunastu procent. Gdyby nie krajobraz i okoliczności to dla sprawnych górali wiało by nudą. Ta jazda jest początkiem doświadczenia, które zamierzam przeprowadzić na sobie. Zaplanowane jest na 2 lub 3 sezony startowe i będzie uwzględniało spore różnice w wadze i sile. Mam nadzieje dotrwać do końca i podzielić się z Wami wnioskami.

 

#ultratrack

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Transiberica ultracycling ultrakolarstwo, wyścig kolarski długodystansowy.
17 lipca 2020

Pierścień Tysiąca Jezior 2020 (615km non-stop)

Radek Rogóż