rogoz.radoslaw@gmail.com

+48 513 069 676

 

 

Patchrace ultrakolarstwo 

 

Co to był za wyścig? PatchRace 2021 to blisko 20 uczestników na starcie i zaledwie 4 na mecie. To blisko 650 kilometrowa trasa z prawie 10 tysiącami metrów przewyższania. To wyzwanie, pot, łzy i pełna determinacji walka z własnym ciałem i swoimi słabościami.

Kiedy już emocje opadły mięliśmy okazję porozmawiać z zespołem, który jako ostatni poddał się i zszedł z trasy patchrace. Ania Cios i Sabina Damek Cap10/Cap11. Poczytajcie, bo to pełne emocji słowa dziewczyn, dla których ultrakolarstwo stanowi już nowy wymiar wyzwania.

 

Trasa: tutaj

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Ania: Plan był prosty jechać równo i razem, bez nadmiernego szarpania, podjazdy trochę mocniej, bo wiadomo, że jesteśmy dziewczyny z gór, ale bez przesady. Rozsądnie i bezpiecznie..

 

Sabina: Ten Covid nas zaszachował, odwołany Piękny Wschód i głód ścigania nagle rzucił nas na trasę PatchRace. Nie byłyśmy świadome, co nas czeka. Czy będzie miło i sympatycznie? Czy dostaniemy solidny łomot od trasy i pogody? Czas pokazał gdzie jest nasze miejsce w szeregu i co tak naprawdę znaczy ultrakolarstwo.

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Ania: Naprawdę bardzo denerwowałam się przed startem, jak zresztą przed wszystkim. Taka już moja natura. Do wyścigu zaczęłam się przygotowywać już w niedzielę, lubię mieć wszystko uporządkowane i zapięte na ostatni guzik, ale oczywiście w czwartek było jeszcze milion rzeczy do zrobienia, więc koniec końców położyłam się spać o 23 i na dodatek nie mogłam zasnąć.

Na starcie patchrace na szczęście wyluzowałam, a gdy ruszyłyśmy zapomniałam, że bierzemy udział w wyścigu i jechałam po prostu swoje. Miałyśmy świadomość tego, że jesteśmy ostatnie, ale nie przejmowałyśmy się tym w ogóle. Żadna z nas nawet nie pomyślała o tym, żeby sprawdzić jaka jest nasza pozycja w klasyfikacji. Nie przyjechałyśmy się ścigać, tylko sprawdzić swoje możliwości i przeżyć przygodę życia. Nie był to nasz start sezonu, obie wspólnie planowałyśmy coś grubszego.

 

Sabina:Jedna myśl na starcie ... nie jedź za światełkiem, puść wszystkich. Bądź rozsądna, powtarzałaś sobie to milion razy, nie spal się za wcześnie, bo trasa jest długa i wymagająca”. To miała być nasza walka z dystansem i naszymi słabościami.

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Ania: Do Międzybrodzia Żywieckiego było jak w domu, dopiero później znalazłam się w miejscach, które znam tylko z pozycji pasażera samochodu, więc zaczęło się odkrywanie nowych rowerowych dróg. Pierwszy dzień minął mi naprawdę przyjemnie, choć z profilu wysokościowego wynikało, że będzie znacznie gorzej. Na pierwszym punkcie w Podczerwone zostałyśmy cudnie powitane, czego nie zapomnę do końca życia. Ogłoszono nasze przybycie przez megafon, pamiątkowe wspólne zdjęcia i miłe rozmowy, cudne przyjęcie! Poczułam się ważna i doceniona, to dodatkowo dodało nam wiatru w żagle.

 

Sabina: Do pierwszego punktu kontrolnego jechało się dobrze, każda swoje, noga świeża. Naładowane adrenaliną po sam czubek głowy. Było fantastycznie, te chwile mogły by trwać wiecznie. Na punkcie wspaniałe przyjęcie przez wspaniałych ludzi, herbata, kanapka i dalej w drogę.

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Ania: Kolejne podjazdy pozytywnie mnie zaskoczyły. Przełęcz Krowiarki, o której się tyle nasłuchałam, była co prawda długa, ale niezbyt męcząca. Jechało mi się bardzo dobrze. Z dalszej jazdy mam dwa wspomnienia, które zapadły mi w pamięć, ale nie mam pojęcia gdzie to było, bo moja orientacja w terenie jest kiepska. To są dwa nasze nawigacyjne błędy.  Pierwszy na stromym zjeździe na wąskiej drodze. Jechałam na dół z dość dużą prędkością i zaatakowały mnie dwa psy. Uciekłam na środek drogi, a z dołu jechał rozpędzony samochód. Myślałam, że już po mnie, ale jakimś cudem udało mi się zjechać na prawo. Niestety na dole garmin totalnie się pogubił i stwierdziłam, że chyba powinnyśmy wcześnie odbić w prawo, sporo przed stromym zjazdem. Wypychałyśmy rowery z powrotem do góry, po czym się okazało, że jednak miałyśmy skręcić gdzieś na dole, więc kolejny raz zjeżdżałyśmy obok ujadających psów. Udało się na szczęście wyjść z tego cało i odnaleźć właściwą drogę. Druga pomyłka miała miejsce już po zmroku i też nie pamiętam gdzie to było. Myślałam, że dobrze jadę i że Sabka jest tuż za mną. Zjechałam stromą górę na mocno zaciśniętych hamulcach i zorientowałam się, że jestem sama. Pomyślałam wtedy, że Sabce coś się stało, zaczęłam ją wołać, ale bez odpowiedzi. Zadzwoniłam do niej i okazało się, że omyłkowo zjechałam na dół. Zrezygnowana wypchałam więc rower do góry gdzie czekała na mnie Sabinka.

 

Sabina: Odcinek do punktu kontrolnego na około 300 kilometrze był chyba najgorszy. Kumulacja podjazdów, jedne lepsze, drugie gorsze. Zaczynało się kumulować zmęczenie, a w perspektywie była zbliżająca się noc. Było ciężko, ale spokojnie dało się w miarę solidnie jechać. Sporadycznie wpadał jakiś batonik, żel. Przyszedł zmierzch i noc, szacowałam na początku, że będzie w okolicy 10 może 12 stopni a tutaj ciemność przywitała nas 4 stopniami, do tego  zmęczenie i odczuwalność temperatury powodowało, że zaczęło nam być zimno. Były momenty, że nawet myśleć mi się nie chciało. Do Gorlic po godz. 4:00 dojechałam zmarznięta, głodna i odwodniona, bo zimna woda z bidonu już nie wchodziła. Tam kanapka, herbata. Nic więcej nie chciałam przyjąć.

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Ania: Kolejną przełęcz Małastowską przed drugim punktem kontrolnym w Gorlicach jechałyśmy już w nocy. Podjazd był już bardziej wymagający, ale jechałam sobie powolutku, żeby nie stracić za dużo energii. Zjazd w moim odczuciu był już nie najlepszy, czułam się źle. Ciemność i ostre zakręty pobudzały moją wyobraźnię, więc jechałam bardzo ostrożnie. Na szczęście ruch samochodowy był mały, przynajmniej o to nie trzeba się było martwić. Zrobiło się też bardzo zimno, para leciała z ust, ale w sumie nie zmarzłyśmy jakoś mocno, bo ubrałyśmy na siebie wszystko co miałyśmy. Potem długi zjazd do Gorlic i wymarzony odpoczynek na stacji. Była 4:00 rano, więc przetrwałyśmy noc. Jupiii Nie miałam kryzysu, nie chciało mi się spać, chyba cały czas adrenalina trzymała mnie przy życiu. Zjadłyśmy, napełniłyśmy bidony, polamentowałyśmy nad sobą i pojechałyśmy dalej, bo trener nie pozwolił zbyt długo odpoczywać.

 

Sabina: Kierunek Wadowice. Żeby nie było tak pięknie to po godz. 6:00 zaczęło padać lżej, mocniej, czasem z przebłyskami okna. Prawdą chyba jest, że po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja, nawet największe niewygody normalnieją. Głowa już mniej boli a zdrętwiałe ciało okazuje się stanem naturalnym. Zmęczenie i deficyt kaloryczny było już widać z boku, część podjazdów butowałam.

W sobotę wymusiłam postój w sklepie, wciągnęłam pączka, pół drożdżówki i sok. I tak dojechałam do punktu kontrolnego w Wadowicach.

 

W tym wszystkim o dziwo nie kojarzę, żebym była śpiąca w nocy, a druga rzecz, to że nogi jakoś same niosły. Chodzi mi o normalną jazdę w miarę po płaskim. Na koniec powiedziałam Ani, że jak poznam wredną koleżankę to jej zaproponuję udział w takim ultra jak patchrace. Po dwóch dniach zmieniłam zdanie. Każdy powinien spróbować takiego ultrakolarstwa i wyścigu bez względu na efekt końcowy. I nie chodzi o to, żeby pokazać, że ultra ze wsparciem są lepsze czy gorsze. Jazda w formule self-supported jest po prostu inna.

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Ultrakolarstwo to walka ze słabościami

 

Ania: Mam wrażenie, że w po 300 kilometrze zaczęła się walka ze słabościami. Powiem szczerze, że nie spodziewałam się tylu podjazdów. Były naprawdę wymagające. I to że było ich milion i nigdy nie chciały się skończyć. To mocno obciążało psychikę. Ale jechałam! Góra dół, góra dół. Właściwie góra i czekanie na Sabinkę, która dobijała na górę chwilę po mnie i dalej razem w dół. Sabinka zjeżdżała szybko, mówiła, że jest bardzo zmęczona i jest jej już wszystko jedno. Tak szczerze przyznając to non-stop byłam w stresie, że coś jej się stanie, bo miała tendencję do jeżdżenia środkiem jezdni, a ruch samochodowy był duży. Myślę, że to było moją największą udręką, myślenie, że coś się stanie mojej teamowej partnerce. Długo nie mogłam sobie z tym poradzić, ale zluzowałam trochę, bo zauważyłam, że Sabka i tak przestała mnie słuchać. Pogoda też bardzo obniżała morale, do tego byłyśmy głodne. W zasadzie poza batonami, żelami i szotami nic nie jadłyśmy cały dzień. Zatrzymałyśmy się pod sklepem, ale właściwie to byłam tam w stanie zjeść tylko suchą bułkę. Bolała mnie lewa stopa. Gdy ściągnęłam buta, żeby dać jej odpocząć, było jeszcze gorzej – ból nie do wytrzymania. 

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Cały dzień lało, choć przebłyski słońca między ulewami dawały nadzieję. Strome zjazdy po mokrej nawierzchni sprawiały mi trudność, bo wyobrażałam sobie najgorsze, niestety mam tendencję do dramatyzowania. Do tego dochodziło niewyspanie, zmęczenie więc kontrola nad rowerem nie była już taka jak na początku. Bardzo pomógł mi widok moich rodziców na trasie. To mi dało mega kopa. Chciało się jechać. Co prawda, gdy ich zobaczyłam, kompletnie się rozkleiłam, ale jechałam dalej, żeby nie zauważyli po mnie żadnej słabości i byli ze mnie dumni. Walka ze wspinaczkami już prawie dobiegła końca i oczom ukazał się znak 14%. Tak na dobicie. To było za Zagórzem. Na szczycie czekała kochana Zgonia. To ona dodała mi sił, żeby te 14 % również zjechać i się nie zabić. To było chyba dla mnie najpiękniejsze miejsce na całej trasie, a do tego wszystkiego wyszło piękne słońce.

Kolejna moja trauma to prosta do Wadowic. Totalne oberwanie chmury sprawiło, że jechałam właściwie nic nie widząc. Do tego bardzo duży ruch i pędzące samochody. Na chwilę zjechałyśmy na ścieżkę rowerową, ale ta prowadziła donikąd. Po powrocie na szosę chwilę za nami jechała Zgonia osłaniając nas od szalonych pojazdów, ale szybko została brutalnie strąbiona. W końcu udało się dotrzeć na trzeci punkt kontrolny.

W Wadowicach zaczęły się prawdziwe dramaty. Domyślałam się, że Sabinka będzie chciała zrezygnować. W Wadowicach, kiedy już finalnie podjęła decyzję o wycofaniu prawie płacząc prosiła mnie żebym ją zostawiła i pojechała dalej. Mówiła: „po co mnie ciągniesz ze sobą”. Odezwały się miliony telefonów, próby przekonania nas do dalszej wspólnej jazdy były nieskończone. Chciałam jechać dalej, choć byłam bardzo zmęczona, wiedziałam, że zostało już tak niewiele. Za nami było 480 kilometrów, zostało około 160. Na początku próbowałam przekonać Sabkę do wspólnej jazdy, ale ona bardzo źle się czuła. Miała zmęczone oczy, skarżyła się, że nic nie widzi. Mimo porad zrezygnowałyśmy też z hotelu i odpoczynku. Z perspektywy czasu to chyba był nasz największy błąd. Wtedy nie brałam tego pod uwagę, mimo, że limit już dawno nam odjechał. Chciałam jechać. Długo ze sobą walczyłam. Z jednej strony myśl, że przyjechałyśmy razem i należy razem skończyć, a z drugiej również obawy, że nie poradzę sobie dalej sama. Towarzyszyło mi zmęczenie, fatalna pogoda, brak pewności siebie. Zgonia była tym motywatorem do działania. Powiedziała, że widzi jak bardzo chcę jechać dalej i przekonywała mnie, że powinnam spróbować dalej sama, bo później będę żałować, że nie spróbowałam. Sabinka również mnie o to prosiła, mówiła, że sobie nie wybaczy, jeśli przez nią zrezygnuje. Przygotowałam się więc do dalszej podróży, pożegnałam z nimi ze łzami w oczach i ruszyłam dalej.

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

Pierwsze kilometry jako tako ubywały, choć oczy miałam zmęczone i nie jechałam zbyt szybko. Po drodze złapała mnie jeszcze Zgonia z Sabką, która zamieniła się ze mną na okulary, bo moje nie sprawdziły się w nocy i utrudniały jazdę. I wtedy zostałam już całkiem sama z moimi potworami i demonami. Zaczęło lać, ja robiłam się coraz bardziej śpiąca. Bolały mnie też dłonie, wykorzystałam już chyba wszystkie możliwe chwyty kierownicy. Zadzwoniłam do Pawła a on zaproponował, że przyjedzie i dojedzie ze mną wyścig do końca. Wtedy to już by było ze wsparciem, a poza tym nie miałam serca, żeby go ciągać po nocy w taką pogodę. Ale jego mobilizacja mocno mi zaimponowała. To jedna z milszych chwil którą przywiozłam z trasy. Posypały się widomości, ale było już za późno, w głowie siedział DNF. Jak wirus toczył mój umysł. Rozmowy z dziewczynami, Alą i Radkiem, masa dobrych rad nie pomagały. Odrzucałam wszystko. Dzisiaj trochę żałuję, że nie posłuchałam doświadczenia innych.

Jechałam nieporadnie, wpadałam chyba we wszystkie dziury. Samochody jeździły bardzo szybko. Modliłam się, żeby nic się nie stało. Nie czułam się zbyt pewnie. W Ćwiklicach zatrzymałam się z myślą o drzemce, ale tam poległam. Głowa nie wytrzymała. Dziś wydaje mi się, że miałam atak paniki. Trzęsłam się i płakałam. Chyba w tym momencie nikt nie miałby takiej siły, żeby mnie przekonać do dalszej jazdy.  Miałam totalną blokadę, żeby wsiąść na rower. Poddałam się. Zadzwoniłam do męża po pomoc. W międzyczasie telefon od Sabinki, która zapytała, czy jestem pewna, że chcę zrezygnować. Koniec końców wróciłam do domu autem.

Z perspektywy czasu bardzo żałuję, że nie posłuchałam dobrych rad. Miałam jeszcze siłę żeby jechać dalej, ale psychika na zmęczeniu totalnie zawiodła. Gdybym odpoczęła, jestem pewna, że znalazłabym jeszcze siłę, żeby dojechać do mety. Grubo po czasie, ale zrobiłabym to. I zrobię !!! Jeszcze pokażę na co mnie stać.

 

Sabina: Pamiętam rozmowę z Anią, pytałam czy jest pewna swojej decyzji. Jazda w parze to ogromne wsparcie, ale też duża odpowiedzialność Teraz już wiem, jestem tego 100% pewna, że gdybym była z nią nawet pieszo, blisko gdzieś, obok, ona by pojechała dalej. Świadomość, że jest ktoś z boku, partner, przyjaciel, oparcie dodaje wiary i siły. Jazda w parze jest niezwykle trudną sprawnością. Uwierzcie.

 

Ultratrack: Myślę, że komentarz do tej rozmowy jest zbędny. Płynące z niej emocje, sukcesy i porażki wystarczająco dobrze przedstawiają ultrakolarstwo jako konkurencję dla wybranych. Dziewczyny zaliczyły ten egzamin celująco. Brawo Ultraski. Patchrace dla dziewczyn jeszcze się nie skończył. Rewanż wkrótce.

 

A my zapraszamy wszystkich na Patchrace 11 czerwca 2022. Szczegóły wkrótce.

 

#ultratrack

photo bite of me

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace

 

wyścig patchrace, ultrakolarstwo w twardym wydaniu relacja zespołu dziewczyna zmagających się z trasą patchrace
16 czerwca 2021

Patchrace twarde Ultrakolarstwo

Radek Rogóż