rogoz.radoslaw@gmail.com

+48 513 069 676

 

 

Krwawa Pętla ultramaraton kolarski

 

Krwawa Pętla to ultramaraton kolarski organizowany przez stowarzyszenie Koło Ultra. W minionym roku z wiadomych przyczyn został odwołany. W bieżącym powróci w czerwcu i mam nadzieję pozostanie na stałe w kalendarzu startów. Cały szlak to mieszanina różnych nawierzchni, od sekcji gravelowych, poprzez asfalty, aż do dość wymagających fragmentów MTB. Warto poznać Mazowsze od tej mniej zurbanizowanej strony. Jest piękne, a blisko 250 kilometrowa trasa na pewno przypadnie do gustu zarówno początkującym jak i zaawansowanym kolarzom.

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla

 

Śladami Krwawej Pętli chciałem zrobić mocno wycieczkowy objazd. Raz już się za to zabierałem w marcu tego roku, ale stan ścieżek pozostawiał wiele do życzenia. Przysypane śniegiem niespodzianki, zamarznięte w lesie koleiny, zmasakrowane przez leśników fragmenty szlaków, miejscami niebezpieczny lód, skutecznie mnie wyeliminowały po 100 kilometrach jazdy. Zrezygnowałem, bo ryzyko wywrotki było spore, do tego cały fragment pokonałem w średniej temperaturze poniżej 0, co mocno wpłynęło na morale i poziom zmęczenia.

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla

 

Po zimowym niepowodzeniu nieoczekiwanie ostatniego dnia kwietnia zostałem przez moją Elę skutecznie wypchnięty na objazd tej trasy. Jedząc śniadanie nie wiedziałem, że za godzinę będę już na szlaku. Przygotowanie do wyjścia trwało może 20 minut, chaotycznie zgarnięty ekwipunek i około 9:30 wjeżdżam na trasę w okolicy Magdalenki. Mieszkam tutaj i byłbym kretynem gdybym zdecydował się na transfer autem na drugą stronę Wisły, gdzie planowany jest start wyścigu. Tą decyzją trochę ułatwiłem sobie zadanie, bo w mojej opinii właśnie od Magdalenki do Góry Kalwarii i dalej w Mazowieckim Parku Krajobrazowym szlak jest najtrudniejszy, a u mnie wypadło to na początku trasy, czyli na pełnym wypoczynku, w dzień i w bardzo komfortowych warunkach pogodowych.

 

Zanim zdecydowałem o objeździe chwilę pochyliłem się nad mapą i co się okazało? Prawie każdy fragment trasy był mi znany, bo nie napisze, że przyjazny. Okolice Magdalenki, Lasy Chojnowskie, Zalesie i Góra Kalwaria to moje tereny, tutaj jeżdżę na co dzień. Mazowiecki Park Krajobrazowy z kultowym singlem nad Mienią i transferem przez Międzylesie do nazywanego przez nas Lasu Marszałka Piłsudskiego, a faktycznie Lasu Milowego, to z kolei tereny, gdzie jeździłem przez blisko 10 lat mieszkając w Starej Miłośnie. To samo w Lesie Milowym, to właśnie tam na stalowym deca szykowałem nogę do Transcarpatii, którą z 30kg nadwagą planowałem wygrać. Najmniej spenetrowane przeze mnie tereny to okolice Nieporętu. Dalej, bliżej Legionowa, Chotomowa i Nowego Dworu Mazowieckiego znowu robi się przyjaźnie, bo w Nowym Dworze jest mój dom rodzinny i tam mieszkają moi rodzice. Wszystkie zakamarki mam tam ogarnięte, a przynajmniej wiem gdzie młodzież chowa się na papierosa. Dalej Kampinos, taki las, którego nie darzę jakąś szczególną sympatią, może dlatego, że go nie znam i zawsze miałem do niego daleko. Tym razem czas nie poprawił jego notowań, bo mimo że część do Leszna jechałem jeszcze bez lampy to za Lesznem wjechałem w teren już na światłach. To nie sprzyjało, mimo, że w lesie było cicho i przyjemnie.

 

Ale jak to było? Zaczęło się fajnie, noga podawała dobry rytm i sprzyjała fantazyjnej jeździe, zwłaszcza, że w kierunku Góry Kalwarii miałem korzystny wiatr. Miejscami konieczna była korekta wytyczonego tracka. Niektóre miejsca w okolicy Zalesia są zagrodzone lub zwyczajnie nieprzejezdne. To powoduje konieczność zejścia z kursu na 300-600 metrów.

 

Z kolei osławione mordercze piachy przed Górą Kalwarią, wcale nie są takie ciężkie. Było sucho i kopiaście, ale spokojnie całość była do przejechania w dość energicznym tempie. Po brukowym zjeździe w Górze Kalwarii i przedostaniu się na drugą stronę Wisły, odwracam się na północ i dostaję sporą dawkę wiatru w twarz. Przeciwnik towarzyszy mi już do Kazunia, czyli do przeprawy w Nowym Dworze Mazowieckim i kawałek dalej. Od Góry Kalwarii jadę wałem, pod wiatr i jest mi wyjątkowo ciężko. Może dlatego, że już w okolicy Zalesia zauważyłem, że jazda przypomina walcowanie i przepychanie korb, a nie zgrabne pedałowanie dopasowane do terenu. Coś się dzieje z ciśnieniem w tylnej oponie. Ruszyłem z 1,8 bara, a teraz jest może 0,8. O ile na piachach i trudniejszych technicznych fragmentach kiedy tyłek jest w górze da się taki stan rzeczy zaakceptować, to tam gdzie jest asfaltowo lub równo i płasko idzie to mocno siłowo i bez efektów.

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla

 

Wałem dolatuję do zrównanego fragmentu, nawet się ucieszyłem, że nie będę musiał walczyć z trawą tylko pociągnę chwilę po piasku. Tak zrobiłem.

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla

 

Dalszy fragment to szosa transferowa do MPK i tu jest ciężko, niskie ciśnienie nie wpływa na dobry odbiór jazdy. Wpadam do MPK po betonowych płytach waląc obręczami o łączenia. Każdy dalszy korzeń, nawet stojąc w korbach, to uderzenie w obręcz. Wyciągam inflator z CO2 i nabijam na oko tylną oponę. Jest znacznie lepiej, ale znowu nie oszacowałem ciśnienia i wpadając na singiel nad Mienią skaczę ja piłka, jedzie się naprawdę źle. W Międzylesiu odbijam dalej w kierunku mojego ulubionego lasu Piłsudskiego i znowu orientuje się, że ciśnienie nie jest takie jak być powinno. Dmucham i lecę dalej. Od tego momentu robi się naprawdę przyjemnie, dobre ciśnienie, dobre ścieżki, wszystko łagodnie i swobodnie przejezdne aż do Chotomowa. Tam w lasach jest sporo piachu, który zmusza mnie do zejścia z roweru. Tych sekcji nawet siłowo na moich oponach przejechać się nie da.

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla

 

Od mniej więcej Bożej Woli do mostu w Nowym Dworze znowu trawa i wał. Niskie ciśnienie mi pomaga, jest komfortowo,  nierówności są na tyle łagodne, że obręcz nie dostaje zbyt wielu uderzeń. Transferuje się dalej do Kampinosu w kierunku Leszna, jeszcze jest widno, ale zaczyna się robić chłodno, a rytuał nabijania tylnej opony odprawiam co każde 5 lub 7 kilometrów. Już wcześniej przypuszczałem, że to wina wentyla, a nie szczelności opony. Niestety moje obawy się potwierdziły. Gdybym jechał na dętce to już z MPK wracałbym na piechotę do domu. Męczy mnie to, ale teraz nie zadzwonię do Eli, żeby po mnie przyjechała, bo mnie zwyczajnie zabije śmiechem. To nie jest brak empatii czy jakaś niechęć, tylko mądrość mojej małżonki.  No trudno, trzeba ten fakt zaakceptować, oszczędzam naboje i kontrolnie co kilka kilometrów dobijam. Na szczęście od Leszna w lesie jest łagodnie i dalej przecinka do Strzeniówki w okolicy Nadarzyna też jest dość przyjazna. Teren na niskim ciśnieniu daje chwile oddechu po siłowym pedałowaniu po „wciągającym” asfalcie. Końcówka już niestety wymagała delikatnej korekty trasy. Brak naboi i zakopana głęboko w torbie pompka spowodowały, że w Łazach wybrałem lżejszy fragment przez Magdalenkę do punktu z którego wystartowałem.

 

Całość jest dość wymagająca. Mimo, że dystans trasy nie jest miażdżący i nie ma zbyt wielu przewyższeń, to jednak zróżnicowanie wymaga dobrego przygotowania wytrzymałościowego, a miejscami siłowego. Żeby to przejechać szybko i sprawnie rzeczywiście trzeba w to włożyć sporo wysiłku i zaangażowania.    

 

Jeśli planujecie start w Krwawej Pętli i macie wątpliwości, jak do tego podejść lub poszukujecie dokładniejszych informacji o trasie i panujących warunkach, to pytajcie. Postaram się pomóc.

      

Zapis przejazdu znajdziecie tutaj.

 

#ultratrack

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla

 

 

ultragravel ultramaraton rowerowy krwawa pętla
01 maja 2021

Krwawa Pętla objazd trasy gravel

Radek Rogóż